Rowerem przez ALPY
Marzenia mają to do siebie, że czasami się spełniają. Oczywiście wiele tu zależy od naszych chęci. Zawsze chciałem znaleźć się w Alpach - a najbardziej w Szwajcarii. Trudno jest mi odpowiedzieć na pytanie dlaczego. Być może pociągała mnie wizja alpejskich łąk mlekiem i czekoladą płynących wykształcona przez nadmierne oglądanie reklam w TV. Marzenia te polegały głównie na jeżdżeniu palcem po mapie z myślą - fajnie by było kiedyś przejechać te Alpy na rowerze. Zbliżające się wakacje zmieniły mój sposób myślenia. Marzenie stało się wyzwaniem. Sam bym się chyba nie odważył go zrealizować, na szczęście mój stary kumpel - Grzesiek - współtowarzysz wielu wypraw myślał o czymś podobnym. Zimna kalkulacja wskazała, że jeśli będziemy spać "na dziko" w namiocie i żywić się w supermarketach to nasze odkładane od kilku miesięcy stypendia wystarczą. Zupełnie inaczej wygląda sprawa z kondycją, bo alpejskie przełęcze to nie nasze znajome Beskidy. Cóż, zawsze można wrócić stopem ... Zostało tylko zakasać rękawy i rozpocząć przygotowania.
Na pierwszy ogień idzie wyszukiwanie informacji. Oboje jesteśmy studentami informatyki - więc wybór jest prosty - internet. Przy okazji pojawia się 3 członek załogi - Tobias - znajomy ze Szwajcarii, którego poznałem kilka miesięcy wcześniej właśnie przez internet (irc). Zaczynamy chodzenie po sklepach rowerowych i firmach przewozowych. Cóż - mając niewielką sumę do dyspozycji trzeba zamienić mój stary zużyty rower górski (żadna rewelacja, jeden z najtańszych modeli) w niezawodny sprzęt, który wytrzyma miesiąc alpejskich przełęczy. Decyduję się na wymianę osprzętu z SHIMANO SIS na ALIVIO. Na więcej mnie nie stać. Grzesiek kupuje nowy rower - najtańszy jaki da się kupić (SHIMANO SIS). Do końca nie wierzę w wyjazd, kiedy jednak trzymam w ręku najtańszy jaki udało nam się znaleźć (155 zł) bilet na trasie Warszawa-Genewa uświadamiam sobie, że kości zostały rzucone. Telefon do Tobiasa ... jak tu się z nim umówić. On nie zna Genewy ... ja tym bardziej - nie mówiąc już o tym, że nie widzieliśmy się nigdy na oczy. Dobra ... na 1 peronie głównego dworca kolejowego.
15 sierpnia
Dzień przed wyjazdem gorączkowo pakujemy się Namiot, śpiwory, karimaty, odzież przeciwdeszczowa, cieple bluzy polarowe, rękawiczki, czapki - w końcu, mimo środka lata, jedziemy w góry Ponadto zabieramy zapasowe dętki, łatki, wszystkie możliwe klucze rowerowe, smary, szprychy. Długo nie możemy zdecydować się na osprzęt "ogniskowy" - głównie chodzi tu o garnek, ale w końcu decydujemy się go zabrać. Jak zwykle w ostatniej chwili mój rower ulega poważnej awarii i do późnego wieczora doprowadzenie go do stanu używalności stoi pod znakiem zapytania. Po kilku nerwowych godzinach wszystko jest gotowe. Pozostaje tylko położyć się spać. Noc jest dla nas niespokojna. Czy wszystko pójdzie po naszej myśli ?
16 sierpnia
Piątek ... 5:00 rano. Mój rower z bagażami waży chyba z 50 kg ... Wyruszam z domu w długą drogę z Chęcin na dworzec w Kielcach. O ile zwykle pokonuję ją w 35 minut (to w końcu 14 km) - dzisiaj ledwie zdążam na pociąg o 6:10. O 9:00 szalejemy z Grześkiem po zatłoczonych ulicach Warszawy załatwiając ostatnie przedwyjazdowe sprawy. Wreszcie pełni nadziei, że uda nam się przewieźć nasze rowery autobusem, udajemy się na dworzec Warszawa Centralna. Autobus okazuje się dwupoziomowym Neoplanem (to dobrze - jak na tą cenę) z 70 pasażerami (to źle). Kierowca na pytanie o nasze rowery stuka się wymownie w głowę. Cóż ... chyba będziemy musieli zmienić plany ... Jednak siła perswazji Grześka wygrywa ! "Jak wam się uda je zmieścić na tyle autobusu to niech będzie". Pośpiesznie rozkręcamy nasze maszyny i ładujemy je do środka. Udało się. Jedziemy ! Nasz fuks nie ma końca ponieważ jako jedyni mamy po dwa miejsca (nikt nie chciał mieć łańcucha nad głową) a ma to niebagatelne znaczenie dla nocnego odpoczynku - a ponadto nie płacimy za nadbagaż (przecież nie mamy nic w bagażniku). 24 godzinna podróż szybko upływa w towarzystwie dziewczyn zmierzających do Hiszpanii (z Genewy stopem), napaleńców planujących zdobyć Mont Blanc no i przepięknych widoków za szybą w chwilach gdy nie znajdujemy się w jednym z tysięcy tuneli. Wreszcie nasz autokar staje na Place des Alpes w samym centrum Genewy. Składamy rowery i wyruszamy na poszukiwanie dworca. Mimo sporej wielkości Genewa sprawia na mnie wrażenie spokojnego i przytulnego miasta, a pogoda ducha niemal każdego człowieka przechodzącego ulicą napełnia mnie optymizmem. Peron 1 jest pusty ... może źle zrozumiałem Tobiasa ? "Hi SHD !" - słyszę za plecami (SHD to moje pseudo w internecie). Tak ... to chyba on. Fajne wrażenie spotkać się twarzą w twarz z gościem, którego zna się tylko wirtualnie. Rower Tobiasa jako jedyny nie budzi zastrzeżeń technicznych (SHIMANO Deore LX) Ustalamy trasę. Nasze nieśmiałe plany mówią coś o Chamonix-Mont Blanc ... ale okazuje się, że Tobias nie zabrał paszportu. Grzesiek nie kryje swojego rozczarowania. Toby wpada na pomysł by zadzwonić do jego domu, rodzice mogą wysłać paszport pocztą a w Szwajcarii działa ona podobno tak, że jak list wyśle się wieczorem na jednym końcu kraju to jest rano następnego dnia na drugim. Jakoś nas to nie przekonuje (jutro jest niedziela). Zmieniamy plan i ruszamy okrążać Lac Leman (Jezioro Genewskie) - wszak to jedyna droga ... dookoła jest Francja. Ciągnie nas wprawdzie do zwiedzenia Genewy ... ale słońce nieubłaganie przypomina o konieczności znalezienia miejsca na nocleg. Rozbijamy się w lasku na uboczu, gdzie spotykamy się oko w oko z cywilizacją zachodu czyli ... przejeżdżającym obok naszego namiotu polną drogą samochodem, którego właściciel ... wyprowadza psa !
17 sierpnia
Budzi się pierwszy szwajcarski poranek ... wyruszamy w dalszą drogę wzdłuż jeziora. Tu spotyka nas pierwsze rozczarowanie prawdziwym kapitalizmem. Przez 60 km nie udaje nam się wykąpać z prostej przyczyny ... każdy najmniejszy kawałek brzegu jest ogrodzony i opatrzony napisem "PRIVATE". Wreszcie w okolicach Lozanny udaje nam się znaleźć publiczną plaże, na której nabieramy sił do dalszej jazdy. Kończące się zapasy jedzenia z Polski wymuszają na nas wizytę w sklepie, którego szukamy prawie godzinę (jest niedziela). Po zapoznaniu się z cenami włosy jeżą się nawet na głowie Tobiego - ale coś trzeba jeść. Opuszczamy Lozannę i poruszając się w kierunku Montreux podziwiamy przepiękne krajobrazy. Z jednej strony malownicze pagórki pokryte tysiącami winnic lśniących w promieniach popołudniowego słońca poprzecinane malowniczymi mostami linii kolejowych. Z drugiej ... skaliste zamglone góry wyrastające wprost z tafli jeziora. Widoki dopełnia niesamowity klimat mijanych po drodze małych miasteczek i oblepionego pełnymi przepychu hotelami Montreux.
18 sierpnia
Następnego dnia kończy się rowerowa łatwizna - atakujemy pierwszą przełęcz - Col du Pilon ("tylko" 1546 m). Upał daje się we znaki. Droga wije się w górę otoczona winnymi gajami. Po paruset metrach w pionie nogi i płuca odmawiają posłuszeństwa, a rower Grześka zaczyna złowrogo stukać. Postoje stają się coraz częstsze. Popołudniowa burza pozwala nam jednak nabrać sił i odświeża powietrze. Na przełęczy jesteśmy o 18:00. Robi się zimno.
Ubieramy wszystko co mamy (rękawiczki, czapki ...), robimy pamiątkowe zdjęcie i jedziemy w dół. Nauczony doświadczeniem (wypadek w Beskidach na przełęczy Salmopolskiej) staram się kontrolować prędkość. Docieramy do malowniczego Gsteigu gdzie bez problemów znajdujemy nocleg u bardzo sympatycznej rodziny. Dostajemy wspaniałą kolację i nocleg w stodole.
19 sierpnia
Kolejny słoneczny alpejski poranek zachęca do dalszej podróży. Ale jak tego dokonać ? Nasza mapa rowerowa wskazuje drogę ... a przed nami jest skalna ściana wysokości 1000 metrów. Jest wprawdzie szlak, ale wnoszenie rowerów z bagażami stromą skalną dróżką chyba przekracza nasze możliwości. Istnieje wprawdzie alternatywa - kolejka linowa, ale cena biletu (12 SFR/osobę) bynajmniej nas nie zachęca. Na szczęście dogadujemy się z bardzo uprzejmym operatorem kolejki i wchodzimy na górę (w gruncie rzeczy to przyjemniejsze niż jazda wagonikiem) a nasze rowery i bagaże jadą kolejką (odbieramy je po dotarciu do górnej stacji kolejki).
Jesteśmy na wysokości 2034m nad jeziorkiem Sanetsch See otoczonym przez skalne granie Alp.
Przed nami mała przełęcz (Col du Sanetsch - 2251m) i 1700 m zjazdu w dół asfaltową dróżką. Po drodze spotykamy tunel długości ok. 1km który nie można inaczej określić jak "dziura w skale" z błotnistą nawierzchnią i brakiem jakiegokolwiek oświetlenia. Oślepieni słońcem po 300m widzimy tylko czerń - nie pomaga nawet nasze światła halogenowe. Ja jadę dotykając ręką ściany - Tobias i Grzesiek mają lepszy pomysł - jadą "na ogonie" przejeżdżającego akurat samochodu. Dojeżdżamy do Sion, gdzie zaopatrujemy się w supermarkecie w żywność - głównym składnikiem naszej diety jest jogurt, wspaniała (i tania) szwajcarska czekolada i owoce (ceny niewiele wyższe niż w Polsce). Od czasu do czasu pozwalamy sobie na jeden z tysięcy gatunków sera (im bardziej, delikatnie mówiąc, intensywny zapach, tym droższy). Dolina Ronu z malowniczymi zamkami na skałach zachęca do dłuższych kontemplacji ale goni nas burza.
20 sierpnia
Po koszmarnej nocy (burza i źle rozbity namiot) nie mamy ochoty na dalszą jazdę. Wygrzebując się z krzaków Grzesiek łapie gumę i nasz wyjazd się przeciąga. Wałęsający się Tobias zagaduje właściciela pobliskiego hotelu, który znudzony "normalnymi" gośćmi pozwala nam wziąć prysznic. Czujemy się jak nowonarodzeni. Uderzamy dalej w górę doliny. Cały czas szukamy kompromisu między ruchliwą wąską drogą, którą jedzie się szybko, a cichymi ścieżkami rowerowymi z kiepską nawierzchnią i strasznie kluczącymi po okolicy. Plan dotarcia do Polski o własnych siłach nie pozwala nam na znaczne zmniejszanie tempa poruszania się do przodu.
Mijamy Brig i dolina zaczyna piąć się ostro do góry. Znajdujemy przytulny górski szałas, gotujemy wspaniałe risotto i idziemy spać.
21 sierpnia
Budzimy się ze świadomością następnego wyzwania jakim jest przełęcz Furka. Tobias, który był tam kiedyś samochodem określa to miejsce jako piekło. Wykończeni dojeżdżamy do Gletsch (1759m). Ta mieścina, składająca się z kilku kamiennych domów, których potężne ściany oddają warunki atmosferyczne jakie panują tu zimą, to rozjazd na "właściwą" Furka Pass i Grimsell Pass.
Widok jest niesamowity : uczepiona skały droga ginąca wysoko w górze we mgle, klasyczny alpejski lodowiec i typowa górska pogoda (mżawka i mgiełka) .
Zbieramy siły, "ładujemy się" kilkoma czekoladami oraz odżywką białkową i ruszamy przed siebie.
Nie jest tak źle, po dwóch godzinach zdobywamy Furkę (2431m), ubieramy się ciepło i zjeżdżamy w dół. 50 km/h, gęsta mgła, przenikające zimno i diabelskie zakręty znacznie podnoszą poziom adrenaliny we krwi. Chwila nieuwagi i uderzam bokiem w skałę, a kilka sekund później leżę na asfalcie. Na szczęście to tylko kilka siniaków - na nieszczęście - rower jest totalnie zdemolowany. Staram się nie myśleć o tym co by się stało gdyby po tej stronie była przepaść. Cudem udaje mi się dokończyć zjazd i dogonić kumpli. Tą noc spędzamy w schronisku młodzieżowym w Hospental - standard zbliżony do polskich schronisk - za to cena szwajcarska (14 SFR). Dzięki zaangażowaniu i pomysłowości całej trójki udaje nam się doprowadzić mój rower do stanu używalności. Ostatnią noc przed powrotem Tobiego spędzamy w "towarzystwie" kilku butelek wspaniałego szwajcarskiego wina.
22 sierpnia
Po upojnej (i pracowitej) nocy wypoczywamy kilka godzin w alpejskim słońcu poświęcając trochę czasu na smarowanie i ustawianie rowerów.
Pożegnania z Tobiasem nie mają końca. W końcu Tobi udaje się na pociąg a ja i Grzesiek atakujemy przełęcz Oberalp. Krystalicznie czyste powietrze pozwala na pełną kontemplację alpejskich pejzaży. Ten błogi stan zostaje zakłócony przez poważną awarię roweru Grześka. Teraz już wiemy co było przyczyną stukania - po prostu wolnobieg nie wytrzymał obciążenia na stromych podjazdach. Dwie godziny spędzamy szukając kulek do wolnobiegu. Przejeżdżający obok nas Niemcy oferują pomoc - mogą wezwać taksówkę ale to raczej nas nie stać. Wreszcie udaje nam się wszystko naprawić i wjeżdżamy na przełęcz, gdzie spotykamy dwie Polki wyraźnie zaskoczone naszą obecnością.
Żałujemy, że nie mamy już czasu by wdrapać się na jeden z okolicznych trzytysięczników.
Noc spędzamy na leśnej polanie nasyceni ogniskową strawą.
23 sierpnia
Następny dzień to jazda w dół doliną Renu. Tak - nie chce się wierzyć, ale ten strumyk to Ren. Przełom tej rzeki w okolicach Bonaduz okraszony serpentynami i kilkoma tunelami dostarcza ciekawych wrażeń. Trochę przypomina przełom Dunajca w Pieninach. Zaczyna jednak uporczywie padać i nasze miny trochę kwaśnieją. Zaczynamy jechać w górę rzeki Albuli, a deszcz zamienia się z czasem w oberwanie chmury. W Tifencastel jesteśmy całkowicie przemoczeni. Cała elektronika (diodowa lampka "no name" i prędkościomierz) odmawiają posłuszeństwa. Nie wyobrażam sobie tej nocy w namiocie - na szczęście zupełnie przypadkowo spotykamy wspaniałego człowieka, którego roboczo nazwaliśmy "Indianinem". Indianin to starszy facet posiadający olbrzymi kawał lasu zagospodarowany przez coś w stylu wioski indiańskiej. Na szczęście zna dobrze angielski (my nie znamy niemieckiego), zresztą oprócz tego kilka innych języków (w tym dwa wyrazy po polsku : "dobrze" i magiczne słowo na literę K przez które Polak podobno potrafi wszystko wyrazić). Spożywamy wspaniałą kolację złożoną z różnych gatunków sera, kilku litrów aromatycznej owocowej herbaty i tradycyjnie risotta z torebki). "Indianin" ma całkiem ciekawe podejście do życia: jest człowiekiem natury, brzydzi się cywilizacją, jest niesamowicie otwarty i życzliwy.
Dyskusja trwa prawie do rana, a resztę nocy spędzamy w prawdziwym indiańskim wigwamie.
24 sierpnia
Wczoraj lało, więc dzisiaj świeci słońce. Zbieramy się dopiero koło pierwszej.
Przed naszymi oczami roztaczają się przepiękne alpejskie widoki - ostre, skaliste granie, niedostępne wierzchołki surowych szczytów, wody strumieni migające w promieniach słońca. Niesamowita jest linia kolejowa, która spiralnie wije się do góry znikając w tunelach by pojawić się ponownie na olbrzymich malowniczych mostach. Po drodze spotykamy samotnego rowerzystę z Anglii, który towarzyszy nam przez cały podjazd. Wspaniałą atmosferę zakłócają jedynie grupy Niemców na potężnych huczących motorach. Dzień nieubłaganie zbliża się ku końcowi i musimy zjeżdżać do doliny. Przez chwilę mam ochotę pobić mój rowerowy rekord prędkości (70 km/h na drodze Barwinek-Dukla) ale ze względu na nienajlepszy stan techniczny roweru udaje mi się go "jedynie" wyrównać.
25 sierpnia
Skostniali po chłodnej nocy (wysokość 1500m) jesteśmy w Zernez i nieśmiało obmyślamy ambitny plan pobicia kilku życiowych rekordów. Wprawdzie dziś według naszej empirycznej reguły wypada deszcz (na szczęście jeszcze nie pada), ale spróbować zawsze można.
Gdy jesteśmy przemoczeni na Pass dal Fuorn nie mamy już złudzeń co do prognozy pogody. O 14:00 jesteśmy w Sta Maria u stóp Umbrail Pass (wysokość dokładnie taka jak wyższa kulminacja Rysów - 2501m) i czeka nas 1200m w górę, a dalej jeszcze 250 m na Passo del Stelvio. Mimo deszczu i zmęczenia pałaszujemy kilka czekolad i decydujemy się na ten wyczyn. Droga jest częściowo asfaltowa, częściowo gruntowa co utrudnia podjazd. Zmieszanych uczuć potwornego zmęczenia, przenikliwej wilgoci i zimna, a z drugiej strony niesamowitej satysfakcji i czegoś co bym nazwał "duchem gór" nie sposób opisać. Powyżej granicy lasu robi się szaro i pusto, ale od czasu do czasu mgła się rozwiewa i widać poszarpane, niedostępne granie. Przełęczy wciąż nie widać - zostaje jedynie mieć zaufanie do licznika kilometrów. Robi się coraz później i coraz szarzej. Mijający nas kierowcy trąbią, odsuwają okna i patrzą na nas z podziwem. W końcu pojawia się wysoko na horyzoncie jakiś kompleks budynków. Mam nadzieję, że to już znajdujące się po włoskiej stronie Stelvio. Nie mylę się - widzę posterunek graniczny na Umbrail pass. Rozmowa ze szwajcarskim strażnikiem sprowadza się do "Griss Got" i wymiany uśmiechów, natomiast Włoch nawet nie wychodzi z budki. Pokrzepiamy się herbatą w miejscowej restauracji (ceny proporcjonalna do wysokości) i wyruszamy w ostatni etap "wspinaczki".
O 19:00 jesteśmy na Passo del Stelvio. Czujemy się jak na czubku świata. Rozrzedzone powietrze nie pozwala na złapanie tchu (mimo, że to "tylko" 2758 m). Robi się powoli szarówka i strasznie zimno więc robimy pamiątkowe zdjęcie i zmykamy w dół. Po godzinie zjazdu, na wpółzamarznięci, znajdujemy się w dolinie Adige na wysokości ok. 500m. Zatrzymujemy się w jakiejś farmie, gdzie pożywieni klasycznym tyrolskim jedzeniem - wędzonym boczkiem - odpoczywamy na sianie dumni z osiągnięcia (najwyższy punkt w życiu i to na rowerze, najdłuższy zjazd - ponad 2km różnicy w pionie oraz pokonanie największego sumarycznego przewyższenia - ok. 2,5km w ciągu jednego dnia).
26 sierpnia
Zapowiada się niezbyt ciekawy dzień. Pogoda wprawdzie względnie dopisuje, ale jazda wąską i ruchliwą droga do Merano nie sprawia nam większej przyjemności. Co jakiś czas musimy zresztą z niej zjeżdżać, bo jest ona odcinkami zamknięta dla rowerów wtedy, gdy istnieje dla niej alternatywa w dolinie. Okoliczne szczyty mimo dużych wysokości sprawiają wrażenie bardziej łagodnych niż w Szwajcarii. Wizyta w supermarkecie "lekko" nas rozczarowuje. Ceny są wyższe niż w Szwajcarii, a wybór jakby trochę mniejszy. Szczególnie drogie jest pieczywo sprzedawane tu na kilogramy, natomiast stosunkowo tani jest makaron - tyle że niestety wymaga on gotowania - a nie zawsze jest to dla nas wykonalne. Większość produktów pochodzi z Niemiec lub Austrii. W ogóle to więcej tu niemieckiego niż włoskiego. Błądzimy trochę po Merano, to całkiem malownicze miasto, i uderzamy do Bolzano. Jedziemy tam w jednym olbrzymim korku z prędkością poruszających się samochodów, a czasami nawet szybciej. Bolzano mimo bardzo ładnego położenia nie robi już na mnie większego wrażenia. Zbyt dużo tu hałasu i samochodów. Uciekamy stąd jak najprędzej - ale nie jest to takie łatwe. Jazda po dużym, nieznanym mieście w obcym kraju bez znajomości języka to nie lada wyczyn. Wreszcie mijamy rogatki i ... ku naszemu wielkiemu zdziwieniu wjeżdżamy w przecudną dolinkę rzeki Ega. Nachylenie rzędu kilkunastu procent po długiej jeździe w dół doliny przypomina nam, że wciąż jesteśmy w Alpach. A sam przełom Egi - cóż - tego się nie da opisać. Wcinamy się razem z rzeką jakby w środek olbrzymiej skały. Po prawej i lewej stronie mamy pionowe półkilometrowej wysokości skalne ściany. Gdzieś wysoko w górze widać drzewa, a zachodzące słońce dodaje uroku. Dolinka wije się ostro do góry, my robimy się coraz bardziej zmęczeni i powoli robi się szaro. Postanawiamy znaleźć jakiś nocleg u ludzi. Z powodzeniem nam się to udaje - w pierwszej napotkanej zagrodzie malowniczo położonej na skraju lasu dostajemy kawał upragnionego miejsca na sianie w stodole.
27 sierpnia
Znajomy, okropny odgłos walących o dach kropel deszczu wcale nie zachęca nas do wstawania. Nastrój z minuty na minutę robi się beznadziejny. Znów cały dzień w deszczu. Myślimy o szybkim powrocie do Polski - ale jest to w zasadzie niemożliwe. Bo niby jak ? Na szczęście jeszcze wczoraj nieufni gospodarze, zaczynają nas rozpieszczać. Dostajemy wyśmienity placek (przypomina naszą szarlotkę), później po 2 surowe jajka - do bezpośredniego spożycia, aż w końcu zostajemy zaproszeni na tyrolski obiad składający się z zupy trochę podobnej do krupniku i zapiekanego ryżu z mielonym mięsem i jakimiś magicznymi przyprawami. I po tym wszystkim wita nas słońce. Optymizm wraca na krótko, po przejechaniu kilku kilometrów znów zaczyna lać. Zdobywamy Passo di Costalunga i wreszcie przestaje padać. Wyłaniające się z mgły Dolomity znów wprawiają nas w dobry nastrój. Zjeżdżamy w dół mijając po drodze miejscowości coraz bardziej przypominające charakterem nasze Zakopane - cóż - powoli wjeżdżamy w serce Dolomitów. Mgła powoli opada i wreszcie możemy nasycić wzrok tą chyba najbardziej charakterystyczną krajobrazowo częścią Alp.
28 sierpnia
Rankiem wita nas słońce. Dziś planujemy zrobić połowę pętli złożonej z czterech przełęczy. Na mapie wygląda bardzo ciekawie, a w rzeczywistości to chyba jedna z najfajniejszych asfaltowych tras rowerowych w Alpach.
W środku tej pętli znajduje się ostentacyjny masyw Gruppo di Sella, a po drodze możemy oglądać ściany Marmolady - najwyższego szczytu Dolomitów. Oczywiście dochodzi do małej sprzeczki - każdy z nas chce objechać masyw z innej strony. Rzut monetą rozstrzyga spór i decydujemy się na wersję Passo di Pordoi i Passo di Campolongo. Pogoda jest wymarzona, widoki też - naprawdę warto było nadłożyć drogi. Zmęczeni po przełęczy Pordoi pożywiamy się kilkoma czekoladami w bardzo ładnej górskiej miejscowości Arabba położonej między obiema przełęczami. Długi zjazd w dalszym ciągu pozwala nam oglądać wspaniałe krajobrazy. Uciekając przed burzą dojeżdżamy w okolice Bruniku.
29 sierpnia
Przed nami monotonna aczkolwiek szybka jazda drogą przypominającą autostradę. Około południa jesteśmy już w Austrii. Tu mamy wybór - ścieżka rowerowa lub asfalt. Gonieni czasem wybieramy szybszy dla nas asfalt. W Lienzu dokonujemy pierwszych austriackich zakupów. Ceny znów nasz szokują - tym razem pozytywnie. Jest całkiem tanio. Zresztą konkurencja wśród poszczególnych sieci supermarketów jest tu chyba najbardziej widoczna. Z naszego doświadczenia wynika, że jedną z tańszych sieci jest Hofer. Dolina rzeki Drau robi się coraz szersza ale okoliczne szczyty nadal wyglądają imponująco. Tradycyjnie już rozbijamy namiot na dziko i rozpalamy ognisko, które niestety sprowadza policję. Bardzo kulturalna "władza" informuje nas o tym, że tak nie wolno i poleca nam przenieść się na kemping, których w okolicy jest pełno. Po zorientowaniu się w cenach (ok. 100 ATS na głowę) decydujemy się jednak zignorować to polecenie i po ciemku szukamy odpowiednio gęstego lasu. Nauczeni doświadczeniem w Austrii nie palimy już więcej ogniska.
30 sierpnia
Droga, którą wczoraj jechaliśmy robi się coraz bardziej ruchliwa - w końcu zamienia się w autostradę. Na szczęście w Austrii w takiej sytuacji zwykle istnieje odpowiednia alternatywa dla rowerów. Trochę okrężnie dojeżdżamy więc do Spittala, skąd uderzamy w kierunku Millstater See. Przejeżdżamy przez kolejne letniskowe miejscowości nad tym pięknie położonym jeziorem i znów zaczynamy ostrą górską wspinaczkę. Przejeżdżamy przez miasteczka będące w zimie narciarskim rajem - na co wskazuje infrastruktura sprzyjająca "białemu szaleństwu". Powoli przygotowujemy się psychicznie na gwóźdź dzisiejszego dnia - czyli przełęcz Turacher Hohe. Według map, które widziałem to chyba najbardziej stromy kawałek asfaltu w Europie. Nachylenie sięga tu 26%, przy czym długość podjazdu o takim nachyleniu sięga okolicy kilometra. Na pewno nie jest to mało. Znak drogowy i olbrzymi napis "Bardzo stromy podjazd - wrzuć pierwszy bieg" wprawia nas w odpowiedni nastrój. Pierwsze 100m idzie względnie gładko - później zaczynają się "schody". Grzesiek rezygnuje z jazdy w noskach - trudno utrzymać w nich równowagę (moje noski zmieliły się podczas wypadku na Furka Pass) Ale prowadzić rower po asfalcie - nigdy w życiu - zresztą pchanie kilkudziesięciu kilogramów wcale nie jest dużym ułatwieniem. Zaczynamy ostro "trawersować". Mijający nas ludzie w swoich ledwie dyszących mercedesach wprost wychodzą z podziwu. Oglądam się w dół i stwierdzam, że chyba nie odważyłbym się zjechać. Wreszcie jesteśmy na górze. Niestety ... piękne jeziorko nieopodal przełęczy jest szczelnie otoczone hotelami - co prawda bardzo ładnymi, ale i tak psującymi górski klimat tego miejsca. Zjazd należy do tych, na których można bić rekordy prędkości, ale nie ryzykuję. Próbujemy znaleźć nocleg u ludzi - szkoda, że bezskutecznie. Zupełnie nie rozumieją dlaczego nie możemy iść do hotelu. Cóż - tubylcy dobrze tu wiedzą co oznacza turysta i nawet z noclegu w stodole potrafią pewnie zrobić agroatrakcję za którą się słono płaci.
31 sierpnia
Następny dzień należy do tych "tranzytowych". Tym razem pokonujemy rekordową odległość w ciągu dnia - 145 km jadąc cały czas wzdłuż doliny Muru. Mijamy malownicze Murau, później niestety wjeżdżamy w bardzo silnie zurbanizowane tereny miast Judenburg (ładne centrum) i Knittefeld. Na szczęście duża ilość autostrad sprawia, że stare szlaki komunikacyjne są prawie puste przez co jazda jest bardzo komfortowa. Bardzo zmęczeni docieramy do Muru, gdzie decydujemy się na nocleg w schronisku młodzieżowym. Kartka na drzwiach informuje, że nie będzie to możliwe. Nie mamy jednak ochoty na dalszą jazdę i przymierzamy się do rozbicia namiotu na pobliskim trawniku - okazuje się zresztą, że nie jesteśmy sami. Spotkany nieopodal Australijczyk także zamierza tu koczować. Problem się jednak rozwiązuje - pojawia się pani, która opiekuje się schroniskiem. Nocleg kosztuje sporo (jak na nas) - bo 110ATS od osoby przy komforcie zbliżonym do lepszych polskich schronisk. Wreszcie możemy się porządnie "wyprać" i przede wszystkim wypić kilka litrów gorącej herbaty.
1 września
Ze zregenerowanymi siłami ruszamy w kierunku Wiednia. Stosunkowo niewielką odległość do Murzzuschlag pokonujemy w żółwim tempie. Powodem jest konieczność jechania ścieżką rowerową, która okropnie kluczy. Może to i dobrze bo poznajemy przy okazji zwykłą austriacką prowincję. Dalej znowu jedziemy bardzo ruchliwą drogą która w pewnym momencie zamienia się w prawdziwą autostradę. Ponadto znowu okropnie leje. Na szczęście możemy skręcić w kierunku bardzo ładnego miasteczka Maria Shutz. Krajobrazy zaczynają bardziej przypominać nasze Beskidy niż Alpy. Po ostrym zjeździe jesteśmy mokrzy w 100%. Pozbawieni zupełnej przyjemności jazdy i nieźle zziębnięci dojeżdżamy ruchliwymi drogami w okolice Neunkirchen. Niestety "willowe" wioski to nie najlepsze miejsce na znalezienie odpowiedniego noclegu - musimy zadowolić się namiotem.
2 września
Poranny deszcz kompletnie nas załamuje. Ale co robić jeśli nie jechać dalej ? W takiej sytuacji pomysł przejazdu przez Wiedeń odrzucamy jako bezsensowny i zaczynamy zataczać wielki łuk wokół tego olbrzyma. Przez długą część dnia mijamy wielokrotnie podobne drogowskazy z napisem "Wien 30km". Podczas mijania kolejnych miasteczek, gdyby nie niemieckojęzyczne napisy mógłbym sobie wmówić, że jestem w krakowskim. Po drodze przejeżdżamy przez bardzo ciekawą miejscowość, złożoną chyba w całości z winnych piwnic. Kiedy wreszcie udaje mi się złapać na walkmanie słowacką radiostację czujemy się jak w domu. Uczucie to potęguje się po przekroczeniu granicy. Szalejemy po centrum Bratysławy nie mogąc nacieszyć się z powrotu do naszej strefy językowej. Tak, to już prawie dom. Z trudem udaje nam się z niej wyjechać po omacku.
3 września
Słowackie drogi okazują się fatalne dla rowerów. Betonowa nawierzchnia ze źle wykonanymi łączeniami to koszmar. W zasadzie to droga ta jest zabroniona dla rowerów, ale próba znalezienia alternatywy, kończy się poradą miejscowych ludzi, żeby jechać dalej główną drogą i niczym się nie przejmować. W Senecu robimy zakupy i objadamy się czym tylko się da. Wreszcie ceny są normalne. Dalej jedziemy przez Galante i Sale. Cały czas wydaje mi się że jestem na Ukrainie. Z wszystkich kątów "wychodzą" resztki starego systemu. Przykładowo obecne wszędzie wiejskie radiowęzły - niektóre nawet działające. Po drodze możemy się tanio zaopatrzyć w różne smaczne rzeczy - np. arbuzy po 5SK/kg (0,40zl) albo winogrona, czy brzoskwinie po 20SK/kg (1,70/kg) sprzedawane prosto z plantacji. Systematycznie co godzinę moczy nas deszcz. Wreszcie dojeżdżamy do Nitry. Naciskam by dalej jechać pociągiem, ale okazuje się, że jeżdżą tu tylko pociągi lokalne (a miasto jest wielkości Kielc).
4 września
Budzę się pełen pesymizmu (przed nami kolejny dzień monotonnej jazdy). Wąska ruchliwa droga, brak pobocza i jeszcze ta złapana guma w rowerze Grześka. Nie mamy dobrego zapasu ale z trudami udaje nam się dojechać do Zlatych Moravców. Dalej jedziemy już bocznymi drogami. Robi się całkiem ładnie - krajobraz powoli zamienia się w górski. Po pewnym czasie wjeżdżamy w taką prowincję, że już naprawdę nie wiemy jak jechać dalej. Spotkani pod sklepem ludzie szeroko wytrzeszczają oczy gdy odpowiadamy na pytania "skąd ?" i "dokąd ?". Tutaj jakby czas się zatrzymał. Dalsza podróż, częściowo gruntowymi drogami doprowadza nas do Żarnowicy. Tu postanawiamy zregenerować siły przy pomocy kilku kufli wyśmienitego słowackiego piwa "Zlaty Bażant" a parę kilometrów dalej znajdujemy świetne miejsce na rozbicie namiotu.
5 września
Strome serpentyny prowadzą nas do Banskiej Stiavnicy. Pogoda znów jest "pod psem". Stiavnicke Vrchy toną we mgle. Zjeżdżamy do głównej drogi. To chyba autostrada ... ale nie ma wyjścia. I tak jedzie się bezpieczniej niż wąską ruchliwą drogą. Mijamy z boku Zvolen i tniemy prosto na północ. Silny wiatr wieje nam w twarz, tak więc mimo płaskiego terenu poruszamy się bardzo powoli. Wreszcie docieramy do Banskiej Bystrzycy. Długo się wałęsamy po tym całkiem przytulnym mieście, jednak zbliżający się wieczór każe nam jechać dalej. Nocujemy w jakimś okropnym miejscu w okolicach Podberezowej. Cały czas leje.
6 września
Deszczowy poranek nie zachęca do jazdy, ale bliskość celu pcha nas do góry. Zlaty Bażant dodaje nam sił. Zjazd z przełęczy Certovica staje się dla Grześka koszmarem. Lodowaty deszcz, duża prędkość i przemoczone ubranie dają mu się silnie we znaki. Mój przyodziewek (szczególnie buty i ciepłe rękawiczki) zapewniają mi dużo większy komfort. Zatrzymujemy się co kilka minut, by Grzesiek mógł rozgrzać skostniałe nogi i ręce, które zamarzają w jego rękawiczkach bez palców. Wolno, lecz uparcie poruszając się do przodu docieramy do Tatranskiej Strby. Ogrzewamy się trochę i pniemy się do góry w kierunku Smokowców. Z mgły wyłaniają się Tatry. Ten rodzimy widok ściska za serce. Nie oddałbym go za te wszystkie przejechane alpejskie przełęcze. Przemarznięci na zewnątrz, ale z gorącymi sercami myślimy o ostatniej nocy poza granicami kraju. Tak ... najlepszym rozwiązaniem chyba będzie nocleg pod dachem - bo inaczej się chyba rozchorujemy. Zjeżdżamy do Nowej Leśnej - gdzie okazuje się, że za połowę ceny austriackiego schroniska mamy pensjonat (100SK). Po sutym obiedzie przy wspaniałym słowackim piwie myślimy o jutrzejszym sukcesie.
7 września
Do granicy jeszcze spory kawałek tatrzańskimi drogami, ale na razie nie pada. Rozważamy powoli dalsze losy wyprawy - jechać do Kielc czy wracać z Zakopanego pociągiem. Jednak pogoda bardzo szybko się załamuje i pomaga w podjęciu tej decyzji. Znów leje, na dodatek jest strasznie zimno i wieje bardzo silny porywisty wiatr. Gorszą pogodę na rower trudno sobie wyobrazić. Przed nami długi, odsłonięty podjazd - ostatni po słowackiej stronie - na przełęcz Pod Prislopem. Docieram tam pierwszy. Cały mokry i prawie zamarznięty rozgrzewam się na przystanku. Zatrzymujący się obok mnie samochód budzi uzasadniony niepokój - tak Grześkowi coś się stało z rowerem. Wściekły na los zjeżdżam na dół. Istotnie - Grześka wolnobieg leży rozsypany na asfalcie. Próbujemy zbierać kulki - ale okropny wiatr, deszcz i niesamowite zimno w zasadzie uniemożliwiają jakąkolwiek akcję. W końcu udaje się zrobić jakąś prowizorkę - trzeba wprawdzie pedałować z górki, ale lepsze to niż nic. Po godzinie pedałowania jesteśmy wreszcie na granicy. Nasza radość nie ma końca. Pozostają jedynie dwie godziny jazdy znajomą już drogą do Zakopanego. Wszystko wreszcie przypomina dom. Nie denerwuje nas nawet swojska kilometrowa kolejka po bilety na dworcu w Zakopanem. Ładujemy się do mojego ulubionego pociągu "Kasprowy" i po trzech godzinach jeździmy uradowani po Krakowskim Rynku. Jeszcze tylko dwie godzinki "Gdynią", 40 minut jazdy do Chęcin i mogę wreszcie położyć się na własnym łóżku by się porządnie wyspać. Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej.
Tak więc nasze ubiegłoroczne marzenie się spełniło. W tym roku chcemy podnieść poprzeczkę do góry. Planujemy trzymiesięczną rowerową ekspedycję do Indii, Pakistanu i Chin. Zamierzamy przejechać najwyżej położonymi drogami świata wciśniętymi w łańcuchy Himalajów i Karakorum. Chcemy by ukoronowaniem naszej wyprawy było .... Zamierzamy odwiedzić legendarne orientalne rejony takie jak Ladakh i Hunza oraz przejechać wykutą w skale drogą zwaną Karakoram Highway. Mamy nadzieję, że tak jak w poprzednim roku uda nam się zrealizować nasz plan.
Grzegorz MALEWICZ